Do przeczytania w: 7 min.
    Udostępnij:

dr Preeti Agrawal

doktor nauk medycznych, m.in. z dyplomem medycyny integracyjnej na Uniwersytecie Arizona Center for Integrative Medicine. Trzydziestoletnia praktyka lekarska i praca nad sobą za pomocą narzędzi zaprezentowanych w kursie doprowadziła dr Preeti do przekonania, że zdrowie i szczęście, którego szukamy na zewnątrz, jest naprawdę w NAS. Dr Agrawal - lecząc tysiące osób - doszła do wniosku, że bez zmiany wewnętrznego środowiska, najlepsze metody nie są w stanie uleczyć pacjenta. Wg niej nie ma nieuleczalnych chorób, są tylko osoby nieuleczalne.

Walka z chorobą czy pielęgnowanie zdrowia?

O mocy myśli, słów i przekonań

 

Czy pacjenci są świadomi własnego wpływu na powstawanie choroby?

 

Pacjenci często trafiają do IMC w totalnej bezradności, a nie w świadomości. W bezradności poszukują kogoś, kto spojrzy na nich całościowo w sensie fizycznym: połączy ich na powrót w człowieka i sprawi, że wszystkie narządy będą optymalnie współpracować. Mają dość leczenia przez specjalistów od wybranego narządu i odczuwania konsekwencji takiego podejścia w innych, bo często to, co leczy jedno, na drugie szkodzi. Odchodzą od podziału, ale wyłącznie na poziomie fizycznym. Nie widzą jednak, że to, co się dzieje w tym momencie w ich życiu osobistym, jakie emocje to wywołuje i jak sobie z nimi radzi, ma zasadnicze znaczenie dla zdrowia. Emocje są różne, ale jedna osoba potrafi je uporządkować i daje sobie radę, a inna czuje się wyczerpana, nie znajduje rozwiązania i ucieka w chorobę.

 

Ucieka w chorobę?

 

Czasami choroba staje się rozwiązaniem. Na przykład osoba w dużym stresie może zacząć tracić apetyt i cierpieć z powodu bezsenności. Z kolei, gdy się nie wyśpi, zaczyna brać leki na sen, które z kolei zaczynają negatywnie wpływać na funkcje innych narządów i zaczyna się choroba. Choroba jest przerwaniem tego zaklętego koła, dzięki niej pacjent będzie mógł zająć się sobą, choć oczywiście nie jest to decyzja na poziomie świadomym. Wewnętrzne środowisko stworzone przez nasze emocje i myśli wynikające ze stresujących sytuacji, ma wpływ na funkcjonowanie pewnych narządów.

 

Nie przez przypadek mamy sformułowania odnoszące się do związku narządów z emocjami, jak choćby „powiedz, co ci leży na wątrobie…”

 

Według medycyny chińskiej smutek wpływa na płuca, wybuchowość powoduje zaognienie wątroby, a lęk osłabia nerki. Przychodzą do mnie osoby, które zdrowo żyją i jedzą, ale jeżeli hodują w sobie negatywne emocje, to osłabiają określone narządy i tworzy się środowisko sprzyjające chorobie. Emocje, stres, myśli i przekonania mają znaczenie. Na przykład do tej pory leczymy traumy wojenne, spowodowane nawet nie tyle fizycznym urazem, ile samym udziałem w zdarzeniu, które przenosi się w emocjach.

 

Czy ludziom łatwo uwierzyć, że słowa mają moc sprawczą?

 

Powiedziałabym, że nie jest to powszechne. Żyjemy tak, jakby ciało, umysł i emocje były oddzielone i nie miały ze sobą nic wspólnego. Przyczyn choroby szukamy wyłącznie na zewnątrz, upatrując jej źródeł w bakteriach / wirusach / grzybach / pasożytach. Najczęściej uważamy, że zachorowaliśmy, bo przykładowo zaraziliśmy się od chorej koleżanki. Gdy w rozmowie z pacjentem pokazuję wewnętrzne czynniki i tłumaczę jak emocje i sytuacje rodzinne lub zawodowe mogły mieć wpływ na powstanie choroby, to się dziwią, że nie przyszło im do głowy, że to ma znaczenie.

 

W jaki sposób te wewnętrzne czynniki (emocje) mają wpływ?

 

Aby jakaś choroba mogła się rozwinąć, grzyb, wirus lub bakteria musi trafić na podatny grunt, np. grzyby rosną w wilgotnym i ciepłym środowisku, a gdy jest sucho – nie mają szans rozwoju. Mechanizm u ludzi jest podobny. Sytuacje wywołujące silne i trudne emocje osłabiają nas i nasze wewnętrzne środowisko.

 

Czy może Pani Doktor podać taki przykład?

 

Miałam do czynienia z osobami, które były zdrowe, ale miały w sobie dużo lęku przed rakiem i często chodziły na badania, żeby wykluczyć chorobę, ale nie chciały pracować z tym strachem. U jednej z pań pomiędzy badaniami kontrolnymi coś się wydarzyło, problemy z relacją z córką, z którymi sobie nie poradziła. Lęk jeszcze bardziej się nasilił i przy kolejnym badaniu okazało się, że ma szybko rozwijającego się raka jajnika. To coś jak samonapędzająca się przepowiednia. Są pacjenci, którzy z jednej strony obsesyjnie wręcz chcą się badać, ale z drugiej nie chcą współpracować i słyszeć, że lęk ma ogromne znaczenie dla ich zdrowia, że przekonanie ma siłę sprawczą, że myśli i emocje tworzą podłoże, na którym choroba może się rozwinąć lub nie.

 

Dlaczego ludziom jest trudno dopuścić do siebie informację o wewnętrznych przyczynach chorób?

 

Nie powiedziałabym, że to jest trudne, raczej to zrozumienie nie jest powszechne i trudno się temu dziwić: zewsząd słyszymy reklamy, że każdej dolegliwości można ulżyć zażywając tabletkę na własną rękę i od lekarza też dostajemy receptę na lek. Gdy tłumaczę, uważnie słuchają i coś się w nich otwiera. Zaczynają łączyć fakty, że tak może być. Przede wszystkim taka informacja daje im poczucie, że mają moc sprawczą i mają wpływ na to, co się z nimi dzieje. Dostają również narzędzia, za pomocą których mogą sobie pomóc: psychoterapię, pracę z przekonaniami, medytację, książki… Przekonanie, że leczenie objawów rozwiązuje problemy zdrowotne na zawsze jest głęboko zakorzenione. Ponadto ani lekarz, ani pacjent nie mają czasu na zastanawianie się nad przyczynami.

 

Aż do momentu, gdy nagle zachoruje się poważnie?

 

Dokładnie tak. Większość pacjentów mówi mi, że nie ma czasu na zmiany, ale gdy pojawia się rak, okazuje się, że wszyscy mają czas. Wtedy wstrzymujemy wszystko: pracę, rodzinę, zainteresowania i 100 % czasu kierujemy na leczenie. Ale już wtedy leczenie wymaga ogromnych nakładów czasu, uwagi i energii. Chemioterapia, radioterapia, operacja, potem rekonwalescencja… na to wszystko potrzeba czasu. Niekiedy to kwestia roku, pięciu lat, a czasem okazuje się to być drogą bez odwrotu.

 

Jakie to ma znaczenie, że mówi się o walce z rakiem, o paraliżującym strachu przed nim, zabijaniu raka chemioterapią itd.?

 

To jest tak powszechne, że nie zwraca się uwagi na długofalowe konsekwencje takiego myślenia. Media, lekarze, rodziny i pacjenci mówią, że walczymy z rakiem – usuwamy raka operacyjnie, niszczymy raka za pomocą chemio- i radioterapii… A jednak rak jest częścią naszego ciała, to jest moja tkanka. Gdy stosujemy chemię, to nie jest tak, że wybierze ona tylko chore miejsca, ale działa na całe ciało. Niszczenie nie wybiera: gdy atakujemy jakieś miejsce, cały obszar odczuwa jego skutki, bezpośrednio lub pośrednio.

 

Jeśli walczę, to wyzwalam w sobie agresję, złość, aby pokonać wroga…

 

Do skutecznej walki potrzebna jest energia złości i chęć działania dla zniszczenia. Tyle tylko, że myślenie „pójdę na chemioterapię, zniszczę raka i już będę zdrowa” jest mylne. Te metody nie usuwają chwastów z korzeniami i mogą one odrastać, szczególnie w takim środowisku, które było niszczone.

 

To jakie sformułowanie byłoby wspierające nas w procesie leczenia? Żyć z rakiem?

 

Tak, to lepsze wyrażenie pod warunkiem, że nie jesteśmy bierni i aktywnie pielęgnujemy zdrowie. Żyjemy z rakiem dbając o to, że mamy w sobie część chorą, chwasty, które trzeba wyrwać i część zdrową, która pragnie żyć. Zdrowie w nas codziennie wstaje, cieszy się życiem, realizuje swoje pasje i pragnienia… Nastawienie, że ja chcę żyć z rakiem, uruchamia zupełnie inne siły. Zaczyna się pielęgnować zdrowie aktywnie (zdrowe posiłki, praca z ciałem, świadomość emocji itp.) bo żeby żyć, musimy włożyć w to energię: nie tylko taką, która niszczy, ale też tą, która odbudowuje.

 

To jak w to wpleść chemioterapię, która niszczy?

 

Ona niszczy komórki rakowe, ale gdy do tego dojdzie strach o to, co będzie ze mną w trakcie i po chemii, to wzmacnia się efekt rażenia. A jeżeli pacjent przyjmuje chemię z wyobrażeniem, że każda kropla z tej kroplówki niszczy komórki rakowe, wtedy ta siła sprawcza jest zupełnie inna. Integruje się to, co się dzieje z ciałem z tym, co pacjent myśli i czuje. Kiedy coś przyjmuję i jednocześnie się lękam, to zaczyna się pojawiać wysoki poziom kortyzolu, który hamuje funkcje fizjologiczne i chemia gorzej się przyswaja. Samym tylko podejściem utrudniamy ciału funkcjonowanie. W spokoju i poddaniu, gdy przyjmujemy jakąkolwiek terapię z zaufaniem, powodujemy, że wydzielają się zupełnie inne neurotransmitery i dzięki temu wspieramy własny proces leczenia. Żyć z rakiem czy walczyć z rakiem – to nasz wybór.

 

Jaka jest odpowiedzialność lekarza za słowo?

 

To, w jaki sposób zostanie przekazana informacja o stanie pacjenta, dobór słów i emocje z tym związane, ma ogromne znaczenie. Tym większe, że dla pacjenta, który poszukuje pomocy z zewnątrz, są to słowa autorytetu. Jest bardzo dużo prac naukowych, które pokazują, że w momencie, gdy jest dużo lęku, słowa, które wypowiemy, ważą znacznie więcej niż normalnie.

Przez 28 lat praktyki miałam wiele takich przypadków, w których słowa mogą kiełkować przez lata. Na przykład jedna z pacjentek, jako młoda kobieta poszła na USG i lekarz powiedział jej, że ma za małą macicę, by mogła w ogóle zajść w ciążę. Teraz jako 50-letnia kobieta przyszła na badania, opowiada swoją historię i nie mówię, że słowa lekarza były jedyną przyczyną nieposiadania potomstwa, ale ona wcale nie miała poważnego problemu ginekologicznego. Z jednej strony istotne znaczenie mają pierwsze słowa specjalisty, a z drugiej oczywiście to, co dana osoba z tymi słowami zrobi. W przypadku tej pani możliwe, że ta informacja spotkała się z jej jakimś wewnętrznym przekonaniem dotyczącym dzieci i dlatego tak trwale wrosła. Nasze przekonania, uległość, wiara w autorytety, brak własnych poszukiwań, wzmacniają przekaz lekarza.

 

Jak odpowiedzieć na pytanie pacjenta i/lub jego bliskich, czy jest nadzieja na wyzdrowienie? Czy jest taki moment, w którym już jej nie ma?

 

Nadzieję można rozumieć bardzo szeroko. Gdy pacjent dostaje rozpoznanie choroby i nie wdrożył jeszcze żadnego leczenia, to nie można mu odebrać nadziei. Inaczej jest w przypadku, gdy na przykład pacjent przeszedł już wielokrotnie chemio- i radioterapię, organizm jest bardzo wycieńczony i ma ciągle przetaczaną krew. Co mam odpowiedzieć rodzinie na pytanie o to, czy przyjmiemy pacjenta w takim stanie na terapię? Jeśli pacjent będzie w miarę stabilny, to możemy pomóc, choć wiemy, że rokowania są małe.

 

Nie powiedziała pani, że nie ma nadziei, tylko rokowania są bardzo małe, a to robi dużą różnicę.

 

Wiemy, że jeżeli przekroczy się pewien próg, nie da się wrócić, ale też nie można określić czasu, który pozostał. W tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem jest porzucenie poszukiwań zewnętrznej pomocy i skupienie się na pełnym przeżywaniu każdego dnia czy niekiedy nawet każdej pojedynczej godziny. Zapewniając komfort życia oraz ulżenie w bólu i symptomach chorobowych, obie strony muszą się przygotowywać do śmierci. To czas na bycie razem, uporządkowanie spraw rodzinnych, może po prostu wspólne oglądanie fotografii, sprawianie sobie małych lub większych przyjemności, w zależności od tego w jakim stanie jest pacjent. Do ostatniego momentu jesteśmy skoncentrowani na życiu i często paradoksalnie ten czas jest okresem najbardziej pełnego i radosnego życia.

Przypominają mi się wcale nie tak rzadkie sytuacje, gdy śmierć dotyka nie tych, którzy myśleli, że ich dotyczy. Przykładowo nasz pacjent, który leczył się na raka jelita, nagle odwołał terapie, bo jego młodszy brat zmarł sam w domu na zawał serca lub pacjentka z rakiem, której nagle zmarł jej zdrowy mąż. Życie jest takie kruche i nigdy nie wiadomo komu jaki czas jest pisany. Może ten moment choroby będzie momentem zwrotnym, od którego zaczniemy cieszyć się czasem, który nam jeszcze pozostał.

Pozostańmy w kontakcie!
Skorzystaj z naszego formularza kontaktowego lub zadzwoń!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.